[ Pobierz całość w formacie PDF ]

miał białą jak kreda. - Nic ci nie jest? Złamałaś coś sobie?
- Chyba nie. - Mój głos był cienki i drżący; ciekło mi z
nosa. Zawstydzona, wytarłam go i wtedy zobaczyłam na dłoni
czerwoną smugę. Z nosa kapała mi krew. - Och, ja krwawię.
Znowu.
- Wiem. - Delikatnie podniósł mnie z maski i zaniósł na
trawnik rozdzielający pasy, lawirując między samochodami.
Ruch w obie strony całkowicie zamarł. Ze zmiażdżonej maski
auta, które we mnie uderzyło, unosiła się para, a paru
kierowców próbowało wydostać z niego kobietę, która nim
kierowała. Po drugiej stronie czteropasmówki dwa czy trzy
samochody stały pod dziwnym kątem, ale na szczęście zostały
tylko lekko uszkodzone.
Wyatt posadził mnie na trawie i wcisnął mi chusteczkę do
ręki.
- Skoro nic ci nie jest, to sprawdzę, co się stało tamtej
kobiecie. - Kiwnęłam głową i machnęłam ręką na znak, żeby
212
zobaczył, czy może jej pomóc. - Na pewno? - spytał, a ja
znowu kiwnęłam głową. Dotknął przelotnie mojego ramienia,
po czym odszedł, mówiąc coś do swojej komórki. Położyłam
się na trawie, przyciskając chusteczkę do nosa, by
powstrzymać krwawienie. Przypomniało mi się, że coś bardzo
mocno uderzyło mnie w twarz - pewnie rozkładająca się
poduszka powietrzna. Miałam krwotok z nosa, ale
przynajmniej żyłam.
Podszedł do mnie jakiś mężczyzna w garniturze. Ukucnął
koło mnie w takiej pozie, by osłonić mnie przed słońcem.
- Wszystko w porządku? - spytał łagodnie.
- Gyba dag - odparłam przez nos, zaciskając obie dziurki.
- Proszę leżeć i nie wstawać. Możliwe, że jest pani
poważniej ranna, tylko jeszcze tego nie czuje. Czy ma pani
złamany nos?
- Gyba dzie. - Bolało. Bolała mnie cała twarz, ale nos nie
bardziej niż reszta. Co tam, pomyślałam, to tylko głupi nos.
Zaczęli się pojawiać dobrzy samarytanie, którzy oferowali
różnoraką pomoc: butelki z wodą, chusteczki higieniczne, a
nawet kilka nasączonych alkoholem z czyjejś apteczki, którymi
mogłam oczyścić rany i wytrzeć krew, by sprawdzić, jak
bardzo są poważne, opatrunki lodowe, plastry i gazę, telefony
komórkowe i słowa współczucia. Rannych z niewielkimi
obrażeniami było siedmioro, w tym ja, ale kobieta prowadząca
samochód, który się wbił się w moje auto, była tak poważnie
ranna, że nie próbowali jej wydostać z auta. Usłyszałam głos
Wyatta, spokojny i autorytatywny, ale nie mogłam rozróżnić
słów.
Zaczęło do mnie docierać, co się stało, i chwyciły mnie
dreszcze. Powoli usiadłam i popatrzyłam na otaczający mnie
chaos, zakrwawionych ludzi obok mnie na trawniku i zachciało
mi się płakać. Więc ja do tego doprowadziłam? Wiedziałam, że
to był wypadek, ale i tak... ja go spowodowałam. Mój
samochód. Ja. Zżerało mnie poczucie winy. Samochód
213
utrzymywałam w dobrym stanie, ale może przeoczyłam jakąś
poważną usterkę? Nie zwróciłam uwagi na ostrzegawcze znaki,
że hamulce mogą zawieść?
W oddali zawyły syreny i uświadomiłam sobie, że minęło
zaledwie parę minut. Czas wlókł się tak powoli, że miałam
wrażenie, iż leżałam na trawie przynajmniej pół godziny.
Zamknęłam oczy i zaczęłam się żarliwie modlić, by kobieta,
która na mnie wjechała, wyszła z tego. Było mi słabo i trochę
kręciło się w głowie, więc znowu się położyłam i spojrzałam w
błękitne niebo.
Nagle jak przy deja vu uświadomiłam sobie, że ta scena
przypomina tamto niedzielne popołudnie, z tym że wtedy
leżałam na ciepłym asfalcie parkingu, a nie na pachnącej
trawie. Ale syreny wyły, a policjanci kręcili się dookoła tak
samo jak teraz. Może minęło więcej czasu, niż mi się
wydawało? Kiedy ci policjanci zdążyli tu dotrzeć?
Sanitariusz przyklęknął koło mnie na jedno kolano. Nie
znałam go. Chciałam Keishy, która dała mi figi.
- Zobaczmy, co tu mamy - powiedział, sięgając do mojej
lewej ręki. Pewnie pomyślał, że pod tym bandażem znajduje
się świeża rana.
- Nic mi nie jest - odparłam. - To szwy po drobnym
zabiegu.
- A skąd się wzięło tyle krwi? - Sprawdził mi puls, a potem
zaświecił w oczy maleńką latarką. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • pumaaa.xlx.pl